Mój rządowy wypadek

Kompletnie już zapomniałem, że pełniłem kiedyś funkcje wiceministra w MSWiA w rządzie premiera Marcinkiewicza i premiera J. Kaczyńskiego, aż tu nagle wypadek pani premier B. Szydło odświeżył mi pamięć i przed oczyma stanął mi wypadek samochodowy jaki miałem kiedy ministrem MSWiA był pan Kaczmarek. Oczywiście nie porównuję mojego wypadku z wypadkiem aktualnego szefa rządu (gdzież bym śmiał), ale opis tamtego wypadku przyda się publiczności – cokolwiek zdezorientowanej – w zrozumieniu szumu medialnego jaki rozgrywa się od kilku dni wokół wypadku pani premier. Jechałem na zebranie gabinetu politycznego ministra MSWiA na ul. Rakowiecką z ul. Pawińskiego – gdzie urzędowałem. Na skrzyżowaniu Rakowieckiej i Al.. Niepodległości staranował nas samochód osobowy, który na pełnej szybkości chciał przejechać skrzyżowanie na zielonym świetle.

Wypadek był poważny, z rozciętej głowy lała mi się strumieniem krew, kierowca samochodu osobowego, gdy dowiedział się, na kogo wpadł i że niestety żyje wykrzyknął (autentyczne) „kurwa jaka szkoda, że go nie ubiłem”. Karetka odwiozła mnie do szpitala na Wołoska, gdzie lekarz, usiadł koło mnie i stwierdził, że musi mi zaszyć głowę i że będzie bolało – odpowiedziałem, że rozumiem i żeby zabrał się do roboty, ale on stwierdził, że będzie bardzo bolało. Po 10 minutach takiego dialogu zorientowałem się, że lekarz mści się za oskarżenie przez ministra Ziobro jego kolegi i że chce po prostu mnie nastraszyć i się zemścić za niesłuszne oskarżenia ministra Ziobro na obojętnie kim z rządu czy PiS –u. W końcu wypowiedziałem kilka brzydkich słów i lekarz zszył mi głowę. Nic mnie nie bolało. I od tego momentu – wiem, że czytelnicy uznają mnie za idiotę – patrzyłem na moją komórkę i czekałem na telefony od ministra, moich kolegów wiceministrów a także (wiem, że jestem bezczelny) od premiera z pytaniem: jak się czuję. Wydawało mi się to tak ewidentne, że im dłużej komórka milczała tym częściej zadawałem sobie pytanie – do kurwy nędzy, gdzie ja żyję, w jakim kraju?

Nikt – podkreślam jeszcze raz nikt nie zadzwonił i to zmusiło mnie do refleksji. Po pierwsze nie zdziwiłem się, że nie zadzwonił minister Kaczmarek, to że był on przesiąknięty ubecką kulturą wiedziałem od pierwszego dnia jego urzędowania, to że był człowiekiem „tamtej strony” także.  No, ale oprócz niego są jeszcze moi koledzy wiceministrowie z którymi pracowałem i jest jeszcze premier, który mianował mnie wiceprzewodniczącym Komitetu ds. informatyzacji z którym kiedyś byłem na „ty” i którego polecenia wykonywałem co do minuty. Do kogo się nie dzwoni? Do tego idioto kto jest już przez pana premiera skazany na odstrzał i kogo specjalny zespół PiS przygotowuje do „medialnej” likwidacji. Nawet myślałem dalej, jednak trzeba zachować pozory kultury pozory dobrych manier i cywilizacyjnych norm. Kultura w Polsce sa takie jak w Rosji a nie w Polsce, idioto. Zrozumiałem więc, że:

  1. Jestem skazany na odstrzał – nurtowało mnie tylko pytanie jak oni to zrobią
  2. nie jestem w Polsce tylko w kraju kompletnie zrusyfikowanym, gdzie panują relacje międzyludzkie takie jak w powieściach Gogola
  3. podstawowa różnica pomiędzy cywilizacją rosyjską z której wywodzi się cała klasa polityczna Polski i cywilizacją europejską jest taka, że w tej pierwszej obowiązuje tylko lojalność podwładnego wobec przełożonego natomiast w tej drugiej lojalność przełożonego wobec podwładnych

Kiedy poczułem wstrząs i wylądowałem na szybie pierwszą moja myślą było- o Boże a jak zwalę winę na Grześka (tak miał na imię mój kierowca). Tak samo pomyślała premier B. Szydło ponieważ relacje pomiędzy członkami rządu i ich kierowcami są zawsze takie same;  Kierowcy są Ili sympatyczni i nie spotkałem ministra czy wiceministra, który by nie miał doskonałych, prawie przyjacielskich, relacji ze swoim kierowcą. To jest fakt i dlatego winny musi być kierowca Fiata a nie kierowca pani premier.

2 przemyślenia nt. „Mój rządowy wypadek”

Możliwość komentowania jest wyłączona.