Dlaczego kocham Ukrainę

W „Żywocie człowieka gwałtownego”, które autor spisał na emigracji Hiszpanii w latach 1985-1987, a które ukazały się w 2014 roku, Łobodowski –  w dwóch pierwszych rozdziałach książki,  opisuje swoje dzieciństwo spędzone w Rosji, rewolucje październikową i realia życia codziennego w państwie bolszewików. Są to rozdziały rewelacyjne i po ich przeczytaniu doceniamy jeszcze bardziej geniusz faktograficzny pierwszej części „Przedwiośnia” Żeromskiego opartej w całości na relacjach uciekinierów z Rosji Bolszewickiej. Następnie Łobodowski wspomina powrót jego rodziny do Polski w 1922 roku, dorastanie i swój społeczny i obyczajowy radykalizm, który wrzuca go na orbitę po której krążą wielbiciele Komunistycznej Partii Polskiej. Z książki wynika jednoznacznie, że poeta wprawdzie nie jest jej członkiem, ale obraca się w kręgu jej działaczy, mówi tym samym językiem co oni, wielbi tych samych ideologicznych „bożków”, wierzy w te same ideologiczne bajki pisane przez Wasilewską czy Lampe, w których marksistowscy talmudyści udowadniają, że w Rosji Sowieckiej, czyli jednym wielkim obozie pracy można zbudować współczesną cywilizację dobrobytu. I to w dodatku funkcjonującą niczym fabryka Forda. Trzecim lirycznym źródłem wspomnień poety jest Ukraina w latach 30 –tych, kraj rozdarty na strzępy, kraj którego synem czuje się poeta, kraj któremu Łobodowski poświęca najpiękniejsze wiersze i którego tragiczna sytuacja doprowadza go do całkowitego zerwania kontaktów z komunistami, do radykalnej rewizji swoich politycznych poglądów. 

Łobodowski  podejrzewał, że  sytuacja zachodniej części kraju, która wchodziła w skład II Rzeczpospolitej była rajem w porównaniu z tym co się działo za sowiecką granicą. Dochodziły do niego informacje o głodzie na sowieckiej Ukrainie, chociaż nikt wtedy – oprócz Stepana Bandery i jego przyjaciół z OUN –  nie zdawał sobie sprawy ze skali ludobójstwa jakiego dokonali na Ukraińcach wychowankowie Lenina i Trockiego. Nikt nawet nie podejrzewał, że bolszewicy zaprogramowali i zrealizowali w latach 1932 -1933 pierwsze gigantyczne ludobójstwo „epoki pieców” w wyniku którego umarło z głodu od 6 do 8 milionów ludzi. Jak reagowali na głód Polacy, co o nim i jego skali wiedzieli? Wiemy, że w proteście przeciwko tej zbrodni i obojętności świata Bandera i jego współtowarzysze zorganizowali nieudany zamach w 1933 roku – na konsula sowieckiego we Lwowie. Wiemy, że Bandera wydał rozkaz, zamachowcowi,  młodemu 18 letniemu studentowi, wykonanie wyroku na sowieckim konsulu i jednocześnie kategorycznie zabronił mu strzelać do polskich policjantów.

Wiemy, że w trakcie procesu zamachowca, który odbył się we Lwowie dochodzi do licznych manifestacji Ukraińców przeciwko zagładzaniu swoich rodaków przez komunistów. Być może pod wpływem, zamachu na konsula sowieckiego i protestów ukraińskich nacjonalistów,  polski wywiad i kontrwywiad zaczął intensywnie zbierać informacje o pierwszym holokauście XX wieku. Pracując w latach 80 –tych w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego,  znalazłem na strychu zakurzone broszurki, Korpusu Ochrony Pogranicza, ze zdjęciami zagładzanych Ukraińców. Doznałem wstrząsu, zobaczyłem ludzkie szkielety żyjące i umierające w jamach wykopanych w ziemi. Zobaczyłem ukraiński „Oświęcim”. Czy te broszurki były upowszechniane wśród polskiej administracji? Czy Polska przyjmowała u siebie uciekinierów z sowieckiej Ukrainy? Łobodowski,  jak każdy, inteligent szczególnie lewicowy nie wierzy w informacje o głodzie na sowieckiej Ukrainie, które są upowszechniane przez nacjonalistów z OUN.   Dopiero w marcu 1935 roku przyjeżdża do niego do Lublina, znajomy komunista, który potwierdza wszystko to co o organizowaniu głodu przez komunistów mówił Bandera i jego współtowarzysze. Poeta tak relacjonuje jego wizytę: „Mój znajomek przyjechał roztrzęsiony. Niemal płacząc opowiadał o tym co działo się na Ukrainie w strasznych głodowych latach 1932 -1933:”Dochodziły mnie słuchy już dwa lata temu, ale wszystko uważałem za kapitalistyczne oszczerstwo. A teraz wiem, wiem na pewno, że to prawda. Więc jak? Jak teraz żyć? Splugawili święty ołtarz rewolucji.” W dwa miesiące później popełnił samobójstwo.”.

Łobodowski postanawia przejść wraz przemytnikami polsko-sowiecką granice i na własne oczy zobaczyć rezultaty bolszewickich rządów. Z parodniowej, pieszej wędrówki po sowieckiej Ukrainie, do Polski wraca zdeklarowany antykomunista i poeta, który cały swój talent, pasję i miłość oddaje na usługi Ojczyzny Tarasa Szewczenki. Łobodowski staje się piewcą Ukrainy. Przez następnych 20 lat ona jest jego najważniejsza muzą, więcej staje się jego przybraną Ojczyzną. Jego poezja – o czym bardzo rzadko się pisze – jest jednym ze źródeł politycznego programu paryskiej Kultury na łamach której Mieroszewski i Giedroyć w dyskusji na temat naszej granicy wschodniej, w imieniu Polaków uchodźców aprobują odcięcie Kresów Wschodnich, czyniąc symboliczną ofiarę z Wilna i Lwowa na rzecz przyszłego porozumienia z Ukraińcami oraz Litwinami. Dyskusja o polskiej granicy wschodniej rozwinęła się na łamach pisma w 1952 r. na bazie listu ks. Józefa Majewskiego List poprzedzał obszerny memoriał Józefa Łobodowskiego o wymownym tytule „Przeciw upiorom przeszłości” (K. 1952, nr 2/52–3/53). Zawierał on krótka historie relacji polsko-ukraińskich. Łobodowski krytykował niekonsekwentną taktykę rządu sanacyjnego wobec mniejszości narodowych w dwudziestoleciu międzywojennym: polską megalomanię, mocarstwową frazeologię, projekty asymilacji Ukraińców i Litwinów wdrażane przez wojewodów kresowych, przy całkowitym niezrozumieniu marzeń tych narodów.

Czym dla Łobodowskiego była Ukraina? Bo pytania dlaczego ten temat  jest dzisiaj tak ważny – nie trzeba zadawać. Wspomnienia Łobodowskiego ukazują się w momencie  gdy, Polacy zaczynają zdawać sobie sprawę, że los tego kraju jest nierozdzielny od losu ich ojczyzny, że jeżeli Ukraina zostanie przez Rosję ubezwłasnowolniona, to wtedy – prędzej czy później – status obywateli III Rzeczpospolitej zmieni się nieodwołalnie. Historia zatoczyła koło i znowu znajdujemy się w drugiej połowie XVII wieku. Czy ktoś, kilka lat temu miałby odwagę napisać, że dzisiaj w 2014 roku będziemy myśleć prawie dokładnie tak samo jak nasi przodkowie z czasów Sejmu Niemego i z drżeniem serc oczekiwać drugiej, symbolicznej Połtawy?  Czy ktoś mógłby przypuszczać, że poemat J. Łobodowskiego pt. „Pieśń o Ukrainie” wydany przez Kulturę Paryską w 1959 roku   będzie z jednej strony polsko-ukraińskim programem politycznym XXI wieku z drugiej zaś, profetyczną zapowiedzią tego co dziś widzimy i czujemy obserwując wydarzenia w Kijowie i Doniecku?

Zapomnieć, co mi gorzkie serce struło,

Znów Dniepr i Wisłę związać pieśni stułą

Wyprostować ścieżki młodym dziejom;

Twardo w ziemię wbić zwycięską stopę

pod Kłuszynem i pod Konotopem

i sztandary rozpostrzec….

                     Niech wieją!

 

Co, jakie elementy jego programu poetyckiego, jakie doświadczenia intelektualne i życiowe umożliwiły Łobodowskiemu zawarcie w strofach poematu pisanego pół wieku temu, nadzieje i pragnienia Ukraińców i Polaków z roku 2014? Komunizujący i skandalizujący poeta debiutuje w 1932 roku tomikiem pt. „W przeddzień”;  jest on – zgodnie z trafną formułą S. Napierskiego – romantycznym obrazoburcą, zdesperowanym anarchistą z nożem w zębach, wzywającym „towarzysza Piłsudskiego” do przeprowadzenia w Polsce drugiej rewolucji. Nie tylko społecznej, także narodowej, która raz na zawsze zrówna w Rzeczpospolitej status Polaków i Ukraińców. Jest radykałem z krwi i kości, który całe życie będzie szukać:„osinowego koła, takiej sprawnej myśli i takich celnych słów, które by raz na zawsze przygwoździły do ziemi krwawego upiora nienawiści i bratobójczej walki.”. Łobodowski  tak jak Mackiewicz, uważa się nie za obywatela Polski lecz za mieszkańca stepów Rzeczpospolitej. Jego praktyka poetycka tworzy unikalny stop, dumek ukraińskich z  twórczością Malczewskiego i Goszczyńskiego, w jego systemie wartości to nie Naród czy Państwo jest wartością absolutną, tylko ziemia, a raczej bezkresny step, którego nieogarnięte przestrzenie rozmywają przedmioty do tego stopnia, że gdy na horyzoncie widzimy podnoszący się kurz, to nie wiemy czy to wiatr unoszący źdźbła trawy czy  burza czy tatarski tuman zapowiadający, bitwę, krew i niewolę? Być może to właśnie dlatego – ukochany poeta J. Łobodowskiego – Słowacki – jak pisze Miłosz w „Historii Literatury Polskiej”: „każdy przedmiot rozmywa w coś w rodzaju płynnej gmatwaniny obrazów i dźwięków.”. Ukraina jest bezkresną przestrzenią na której wszystko ginie w migocącym od nadmiaru światła, powietrzu, a realny jest tylko mord, grabież, przemoc i śmierć, realny jest także widok galopujących na spienionych koniach, kozaków symbolizujących pęd do zniszczenia i samozniszczenia. Wydawałoby się, że step to dom rodzinny, prawdziwa Ojczyzna, jednak nie; dla Łobodowskiego jest on czymś o wiele więcej, bowiem poeta w jednym z wierszy pisze: „Na początku był step i Duch Boży krążył nad stepem”. Step jest początkiem i źródłem wszystkiego, jak Słowo  w Księdze Rodzaju i Ewangelii św. Jana. Władcą stepu, królem przestrzeni nie jest człowiek, tylko koń. W teologii Łobodowskiego koroną Stworzenia jest koń, a nie człowiek:

„Aż spojrzał Bóg przychylnie ku tęsknotom koni

i postanowił im stworzyć człowieka”

Poeta uniwersalizuje do tego stopnia geograficzno-przestrzenne pojęcie stepu, że nie wacha się używać poetyckich formuł, przypominających do złudzenia herezje chrześcjańskie z pierwszych wieków naszej ery. Dlaczego? Aby unieważnić nacjonalistyczne pojęcie Narodu i Ojczyzny zdefiniowane w pismach Dmowskiego i wydanym w 1926 roku manifeście ukraińskich nacjonalistów, D. Dońcowa pt. „Nacjonalizm”. W największym skrócie – bo to nie miejsce do analizowania źródeł endeckiego światopoglądu: punktem wyjścia doktryn nacjonalistycznych było powszechne  przeżywania świata jako podzielonego na swoich i obcych. Kamieniem węgielnym doktryny nacjonalistycznej jest także antypoznawcze pojęcie narodu ; naród jest pojęciem nie należącym do opisu świata, lecz do hierarchii wartości, którą się przeżywa a nie poznaje. Naród jest wartością najwyższą nie wymagającą żadnych intelektualnych uzasadnień. Do 1904 roku naród w myśli endeków ma status Boga. Więcej jest wartością wyższą niż Bóg, który jest podporządkowany Narodowi. W ten sposób uniwersalizm katolicyzmu został zlikwidowany. Zbitka pojęciowa polak-katolik, która powstała później, kiedy endecy postanowili zinstrumentalizować politycznie, powszechnie wyznawaną przez Polaków wiarę, wynaturzyła ostatecznie pojecie Narodu i Ojczyzny.

To właśnie tak nafaszerowane narodowym egoizmem słowa obudziły, „krwawego upiora nienawiści i bratobójczej walki”. Na początku lat 30 –tych XX wieku – wtedy kiedy kształtuje się poezja J. Łobodowskiego – dochodzi do rozpętania spirali przemocy pomiędzy dwoma bratnimi narodami. Politycy sanacji –  ale także młodzi ukraińscy nacjonaliści – zdradzili układ między Petlurą i Piłsudskim zawarty w 1920 roku. I z jednej i z drugiej strony dochodzi do manifestacji siły, do starcia dwóch wynaturzonych nacjonalizmów symbolizowanych ze strony polskiej pacyfikacjami  wsi ukraińskich, z drugiej zaś rozwojem terroryzmu frakcji OUN, związanej ze Stepanem Banderą. Dla Łobodowskiego, który w swoich wierszach zawartych w tomiku „Rozmowy z Ojczyzną” wydanym w 1936 r., staje się ostatnim, lekko zawiedzionym, spadkobiercą federacyjnych wizji Piłsudskiego, było jasne, że spirala wzajemnej nienawiści musi doprowadzić do tragedii i najprawdopodobniej do utraty wolności przez oba narody. I dlatego poeta przestrzega:

A gdy krzyk buchnie krajem, gdy się spiętrzą kurhany,

kiedy w próchnie mogilnym pęknie trumna Tarasa,

tylko czarny watażka na taczance pijanej,

tylko rotmistrz w ułańskich lampasach.

 

„Czarny watażka na taczance pijanej” jest obrazem rzezi wołyńskiej. W odpowiedzi na zagrożenie nacjonalistycznego obłędu, poeta tworzy mit Stepu-Ukrainy ciągnącego się od Doniecka do Lublina w którym niknie endeckie pojecie Narodu i Ojczyzny. W jego wierszach i poematach, pisanych już na emigracji, dokonuje się kompletne przewartościowanie historii Rzeczpospolitej, która utożsamiona jest z bezkresnym, bezczasowym stepem. Do kogo – w czasach PRL – ta twórczość, będąca radykalnym zaprzeczeniem całej filozofii współczesnej poezji mogła trafić?  Kto mógł – oprócz Giedroycia – ją zrozumieć? We wstępie do „Złotej Hramoty” wydanej w 1954 roku, poeta traktuje swoje wiersze jak butelkę z rękopisami, wrzuconą do oceanu: „Możność bezpośredniego stwierdzenia, że moje uporczywe nawiązywanie do przerwanych i zapomnianych tradycji „szkoły ukraińskiej”, nie rozwiało się w całkowitej pustce, stanowi dla mnie najwyższą satysfakcję – Hramota to Księga, „uniwersał i odezwa”, depozyt, testament, pismo bez czytelników i śpiew bez słuchaczy.”, rękopis włożony do dziupli, jak pisał  o wierszach emigrantów, Miłosz. Czy ktoś jeszcze pamięta, ze tytuł tomiku Łobodowskiego – wydanego w języku polskim i ukraińskim – odwołuje się do manifestu powstańców z 1863 roku, którzy właśnie w słynnej „Złotej Hramocie”, napisanej po rusku i po polsku, obiecywali chłopom ukraińskim ziemię, równouprawnienie miejscowego języka, wolność wyznania i przywileje dla księży prawosławnych?

Czy ktoś jeszcze pamięta, że  na chorągwi powstania styczniowego, widniał trójczłonowy znak Orła Białego, Pogoni  i ruskiego Archanioła Michała? Pod piórem poety Historia XIX wieku ożywa, Łobodowski zanurza się w tamtych czasach, ponieważ symbolizują one walkę o wolność o którą kozacy z taka determinacja walczyli z polska magnaterią. Miłość do Ukrainy poeta oddziedziczył po twórcach proukraińskiej „gorączki romantycznej”. To właśnie oni dali własną interpretację polsko-ukraińskiej tragedii. Seweryn Goszczyński w „Zamku Kaniowskim” interpretuje ją jako krwawą zapłatę za polskie krzywdy:

 

Syny mej ziemi, o rodacy mili!

Wy szczerej wiary nie dacie poecie

 I sami spojrzeć na przyszłość nie chcecie

Na ucztę długo stłumionej swobody

 

Łobodowski aprobuje okrutne stanowisko Goszczyńskiego, aprobuje tym bardziej, że polityka państwa sanacyjnego wobec narodowych aspiracji Ukraińców przypomina mu do złudzenia, samobójcze stanowisko szlachty i magnaterii wobec wolnościowych dążeń kozaków. I w pierwszym i w drugim przypadku klasy rządzące Rzeczpospolitej reprezentują skrajnie polocentryczny i klasowy punkt widzenia, którego bezpośrednim skutkiem były rozbiory. Nikt nie wyraził tego jaśniej od Stanisława Tarnowskiego autora monumentalnej „Historii Literatury Polskiej”, który tak scharakteryzował ewolucję społeczeństw XIX wiecznych:

„Wzrost pojęć i dążeń demokratycznych, był, od schyłku wieku XVIII powszechnym i koniecznym; jest faktem, mógł być faktem ze wszech miar szczęśliwym. Czy w demokracji jest jakiś wrodzony pierwiastek zawiści, czy też tylko jest on wrodzony usposobieniom niektórych narodów i społeczeństw? Zdaje się, że raczej to ostatnie, bo są narody angielski na przykład, nawet niemiecki, u których nienawiści społeczne objawiają się czasem gwałtownie i namiętnie, ale zawsze na jakiejś określonej podstawie,  z jakiegoś określonego (najczęściej ekonomicznego) powodu. U nas przeciwnie, oprócz ogólnej może i ludzkiej zawiści uboższego do bogatszego, jest widoczny i zawsze działający pierwiastek nienawiści, złej woli, bez rozumnego, bez słusznego powodu często bez żadnego nie już powodu, ale nawet pozoru. Dawna Rzeczpospolita szlachecka nie miała sposobności ani przedmiotu do nienawiści społecznej której zresztą do połowy XVIII Wieku nie było w całej; /…/, nasze bunty kozackie były sprawą więcej polityczna i religijna niż społeczną i przez interes polityczny rosyjski, opanowane i kierowane.”.

Toute proportion gardee powyższy fragment, mógłby – z niewielkimi poprawkami – znaleźć się na pierwszej stronie „Trybuny Ludu” np. 15 sierpnia 1980 roku. Chcecie więcej kiełbasy – proszę bardzo. Chcecie praw i wolności? Nigdy. Wobec takiego samobójczego stanowiska klas rządzących Polski, Łobodowski przechodzi na drugą stronę barykady i utożsamia się z krwawą historią Ukrainy, tworzy mit swego przodka atamana Łobody, który jest buntownikiem z urodzenia, kochankiem wolności, mordercą z przymusu:

 

Nie wiem jak zwał się ów dziedzic, któremuś

poderżnął gardło –

i, podpaliwszy dworzyszcze,

na koniu umknąłeś w step –

(Koń atamana Łobody)

 

Ten wiersz jest manifestacją ukraińskości jego autora. W tekście zwróconym do atamana, którego Łobodowski nazywa swoim dziadem, poeta  wręcz nawołuje kozaków do walki z wszelka władzą i przymusem. Jest jednym z nich.  Kozacy, szerzej Ukraina, są dla poety synonimem  swobody i wolności. A poeta za wolność osobistą, społeczna i narodową dałby sobie łeb ukręcić. Poezja Łobodowskiego jest w naszej literaturze zjawiskiem unikalnym, ponieważ ukazuje nam do jakiego stopnia my Polacy jesteśmy przesiąknięci tragicznym –dla nas i dla nich – mitem Ukrainy. Nie sposób analizując poglądy polityczne i praktykę poetycką  poety, nie pomyśleć o renegacie naszego narodu i jednocześnie jednym z twórców ukraińskiej kultury Włodzimierzu Antonowiczu, który w młodości uważał się za Polaka, potem uznał się za Ukraińca o polskich korzeniach.

W drugiej połowie XIX wieku powstaje na Ukrainie Związek Trójnicki w skład którego wchodzą młodzi Polacy – Tadeusz Rylski, Paulin Święcicki i właśnie Włodzimierz Antonowicz -, którzy uważają, że lud ruski należy pozyskać dla „sprawy narodowej”, uświadamiać go i przekonywać, że odrodzenie Polski oraz wypędzenie „Moskali” leży w jego interesie. Polaków zaś należało nakłaniać, by w przyszłej Polsce, mającej być prawdziwą Rzeczpospolitą Trojga Narodów, zagwarantowano autonomię kulturalną ludności ruskiej. Jednak Antonowicz, pod wpływem pieszych wędrówek po wsiach ukraińskich przekonał się, że na ziemiach ruskich dawnej Rzeczypospolitej interesy szlachty i ludu są sprzeczne. Dlaczego? Bowiem w jego mniemaniu odrodzone państwo polskie będzie zdominowane przez szlachtę, przez jej sposób myślenia i kulturę, która Ukraińcom jest obca. Pisze  artykuł pt. „Moja spowiedź”, w którym rozlicza się z własnej metamorfozy narodowej:

„(…) w dzieciństwie cechowało mnie typowe zachowanie panicza i długo podzielałem wszystkie stanowe i narodowe uprzedzenia ludzi, wśród których się wychowałem, ale kiedy przyszedł czas, że stałem się świadomy, na chłodno dokonałem oceny własnego położenia w kraju (…). Zrozumiałem, że Polacy – szlachcice zamieszkujący kraj południoworuski, mają przed sądem własnego sumienia jedynie dwa wyjścia: albo pokochać lud, wśród którego żyją, utożsamić się z jego interesami, wrócić do swojej narodowości, kiedyś porzuconej przez przodków, i nieustanną pracą oraz miłością, w miarę sił zadośćuczynić zło wyrządzone przez nich ludowi, co wykarmił wiele pokoleń wielmożnych kolonistów, a któremu ci ostatni za pot i krew odpłacali pogardą, wyzwiskami, brakiem szacunku wobec jego religii, obyczajów, zasad moralnych, godności osobistej, albo też, jeśli ku temu nie wystarczy siły ducha, przenieść się na ziemię polską, zamieszkaną przez polski lud.”.

Pomiędzy skrajnym egoizmem klasowym hr. Tarnowskiego, aberracyjnym egoizmem narodowym endecji i rodzącym się egoizmem narodowym Ukraińców , Łobodowski wybiera opcję,  kulturowego utożsamienia się z historią walki o wolność kozaków, która jest – przynajmniej w części – zgodna z odczuciami W. Antonowicza. Poeta w wierszu „Testament mój” wyciąga ostateczne konsekwencje z swojego „narodowego zaprzaństwa”, pisząc: „Dawna ojczyzno nasza, matko Ukraino!”. Czy Łobodowski może o sobie powiedzieć: „Gente Polonus, Natione Ruthenus”? I tak i nie. Towarzysze Antonowicza oskarżali go o zdradę interesów narodowych, nie zdając sobie sprawy, że ta „zdrada” dowiodła, raz jeszcze, do jakiego stopnia wielonarodowa kultura Rzeczpospolitej Polski jest wartością uniwersalną, skarbem cywilizacji europejskiej. Włodzimierz Antonowicz zmieniając narodowość zostaje jednym z pierwszych Europejczyków. Łobodowski utożsamiając swoją poetycką wrażliwość z pragnieniami kozaków, stając się jednym z nich, kładzie fundament pod przyszłe zjednoczenie Europy. Czy to nie dziwne, czy to nie wspaniałe – nie bójmy się w tym momencie wzniosłych słów -,że korzenie Europy wyrosły w jej zapadłym kącie? Bowiem historia Polski jest pierwowzorem zasad ideowych według których budowana jest UE. Feliks Konieczny w „Dziejach Polski za Jagiellonów” podsumował w następujący sposób Unie Polski i Litwy zawarta pod koniec XIV wieku :  „Nasz naród  pierwszy doszedł do poczucia narodowego i pierwszy uznał i uszanował to w innych narodach. Jagiellonowie krocząc na czele społeczeństwa jako przodownicy i wykonawcy jego idei dziejowej, dokazali tego dziejowego cudu wobec Europy, że łączyli narody pod hasłem braterstwa, a nie podboju. Unia jest najwyższym objawem polskich dziejów i najpiękniejszym przykładem dla innych ludów europejskich”.Unia między Litwa i Polską jest korzeniem ideowym i instytucjonalnym Unii Europejskiej. Poezja Łobodowskiego jest jedną z najpiękniejszych zapowiedzi dzisiejszego cudu politycznego jakim jest Unia Europejska.

Piotr Piętak

Dodaj komentarz