Dlaczego jesteśmy antysemitami

Zamiast karać tych, którzy używają określenia „polskie obozy śmierci”, najpierw należy odpowiedzieć na pytanie, skąd to określenie się wzięło i dlaczego medialne-polityczne elity zachodu tak często go używają. Innymi słowy należy spróbować odpowiedzieć na pytanie: dlaczego w oczach zachodniej opinii publicznej Polacy są urodzonymi antysemitami odpowiedzialnymi wraz z hitlerowcami za Zagładę Żydów? Dlaczego określenie „polskie obozy śmierci” pojawia się w ustach przywódców państw zachodnich i na łamach opiniotwórczych gazet amerykańskich, angielskich czy francuskich? Dlaczego to – dla nas szokujące – twierdzenie, jest czymś ewidentnym dla elit medialnych z Paryża czy Nowego Jorku, które nasze protesty przyjmują wzruszeniem ramion?

Fundamentem kultury europejskiej jest przekonanie, że każdy naród powinien szukać prawdy o sobie w dziełach artystów lub intelektualistów innej narodowości. De Custin pisząc „Listy z Rosji” jest reprezentantem tej tradycji, która przyniosła kulturze europejskiej tyle arcydzieł. Jakie arcydzieło sztuki europejskiej pokazało Polaków jako nieuleczalnych i w dodatku prymitywnych antysemitów? Z jakim dziełem sztuki utrwalonym w zbiorowej pamięci zachodniej opinii publicznej przegrywamy codziennie naszą bitwę o prawdę? I dlaczego nasze wysiłki skazane są na porażkę? Tą batalię przegrywamy z wielogodzinnym filmem C. Lanzmanna o Holokauście (po hebrajsku Shoah), którego realizacja trwała 11 lat i została zakończona w 1985 roku. Za ten film na francuskiego reżysera spadł deszcz nagród i wyróżnień, które nawet trudno wyliczyć. W filmie nie ma Hitlera i nie ma trupów. Zamiast tego są wywiady z tymi spośród żydowskich ofiar, które przeżyły, z niemieckimi katami, z polskimi  świadkami – a może widzami, obserwatorami?

Timothy G. Asch zauważył, że każde określenie polskich świadków jest  moralną oceną. Lanzman zmusza wszystkich do mówienia, wywiady przypominają czasami przesłuchania, są długie żmudne i zgodnie z zasadami sztuki filmowej, reżyser przeplata je powolnymi ujęciami obozów śmierci, tak jak wyglądały one w latach 80 –tych XX wieku. W tych ujęciach Lanzmann skupia się na zarośniętych trawą torach kolejowych – tory prowadzące do obozu przerwane sa kadrem krajobrazu wokół Oświęcimia, następny kadr to miasteczko i jego mieszkańcy i znowu, tory po których polscy maszyniści wjeżdżali na lokomotywie ciągnącej bydlęce wagony wypełnione zbitym tłumem Żydów skazanych na spalenie. Kamera Lanzmanna jest bezlitosna, dziesiątki – jeżeli nie setki razy – zabiera nas ponownie, powoli, przeraźliwie powoli, wzdłuż torów kolejowych, do rampy, będącej – w ujęciu intelektualnego mistrza Lanzmanna Raula Hilberga- „jądrem ciemności” Zagłady. W USA wydano scenariusz filmu Lanzmanna, na okładce którego widzimy lokomotywę, z wychylonym z okna, uśmiechniętym polskim maszynistą, która wjeżdża przez otwartą bramę do Oświęcimia. Czyż to nie jest wystarczający dowód, że określenie „polskie obozy śmierci” odpowiada prawdzie? 

„Shoah” jest filmem – o czym wszyscy krytycy tego niewątpliwego dzieła sztuki zapominają i traktują go prawie jak historyczne świadectwo – a film działa głównie na emocje widza, przy czym te emocje są wzmacniane przez użycie specyficznych technik filmowych. Czy Lanzmann stosuje te techniki? Oczywiście. Czy wie, że te techniki są potężną machiną sterującą uczuciami i rozumem widza? Jest reżyserem i wie o tym doskonale, stosuje je z francuskim wyrafinowaniem. Jednak mimo to, w jego filmowej narracji można dość łatwo odkryć tzw. wielopiętrowy efekt Kuleszowa, radzieckiego reżysera, który w latach 20-tych XX wieku przeprowadził eksperyment montując ujęcie nieruchomej twarzy aktora z ujęciami talerza zupy, kobiety w trumnie, i śmiejącego się dziecka co spowodowało, że publiczność przypisała neutralnej twarzy kolejno uczucia głodu, rozpaczy i czułości. Efekt Kuleszowa udowodnił bezapelacyjnie, iż montaż odgrywa decydująca role w formowaniu znaczeń w filmie. Montaż to prawdziwa medialna maszyna do konstruowania wyrafinowanych kłamstw i deformowania rzeczywistości i umysłu widza. Cała struktura montażu „Shoah” kieruje widzem w taki sposób, że antysemityzm Polaków jest jednocześnie czymś ewidentnym i moralnie odrażającym.Lanzmann steruje emocjami widzów. Więcej on sam przyznaje – w trakcie dyskusji na temat filmu, która odbyła się w Oxfordzie, że „Shoah” został zbudowany wokół jego własnych obsesji.

Spytajmy – jakie to obsesje kierowały Lanzmannem podczas kręcenia filmu? Jedną z nich jest przekonanie o moralnej wyższości narodu francuskiego nad polskim. Dla niego jest oczywiste, że wybierając miejsce budowy Oświęcimia hitlerowcy kierowali się wiedzą na temat antysemityzmu Polaków, który umożliwił im – to jest dogmat panujący np. wśród obywateli Izraela –  wymordowanie w przeciągu bardzo krótkiego czasu trzech milionów Żydów. Gdyby nie przychylność Polaków nigdy w przeciągu tak krótkiego czasu nie udałoby się tak ogromnej liczby Żydów wymordować. Claude Lanzman, stwierdził w trakcie dyskusji w Oxfordzie, że: „we Francji nigdy by nie można zbudować obozów zagłady.”.Słowa te wypowiedział w 1985 roku, w kilka lat później przeciętni Francuzi dowiedzieli się – o czym elita tego kraju wiedziała od dawna -, że  rząd Vichy zorganizował wywózkę setek tysięcy Żydów do Oświęcimia. Tego dzieła dokonała administracja państwa rządzonego przez marszałka Petina, złożona z tzw. prostych Francuzów. Wywózka zorganizowano w perfekcyjny sposób, a w rządzie marszałka zasiadali wtedy znani politycy z partii centrowych a także lewicowych. Czy Lanzman wiedział w 1985 roku o tym, że jego rodacy współuczestniczyli w zagazowaniu około 200 tysięcy francuskich Żydów? Pytanie jest retoryczne. Oczywiście, że wiedział i jest oczywiste, że jego film wybielał i usprawiedliwiał zbrodnie Francuzów. „Polacy są jednak gorsi niż my” – powiedziała mi moja koleżanka z paryskiego banku, która była wstrząśnięta zbrodniami swoich rodaków popełnionych na Żydach i na odtrutkę obejrzała „Shoah”, niezbity dowód, że Francuzi stoją  jednak wyżej moralnie od słowiańskich barbarzyńców.

Jedna ze scen filmu Lanzmanna, przedstawia chłopa z Treblinki, który gardłując „rararara” twierdzi, że „tak mówili między sobą Żydzi”, zamknięci w wagonach kolejowych. Lanzmann prosi chłopa aby jeszcze raz powtórzył ten dźwięk, co bohater scenki czyni z uśmiechem na ustach.  Publiczność w paryskim kinie –gdzie oglądałem „Shoah” – reaguje sykami i okrzykami autentycznego oburzenia. W tym momencie paryski widz skłonny jest uznać polskiego chłopa za winowajcę losu Żydów, przez niego przedrzeźnianych. Komora gazowa, Zagłada, staja się zwieńczeniem tradycyjnego – polskiego –antysemityzmu. Co za problem  ustalić logiczny związek między przedrzeźnianiem Żydów, a ich mordowaniem w obozach zagłady? Podobnych scenek jest w filmie Lanzmanna wiele. Jedna zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ zapada głęboko w pamięci i nikogo nie pozostawia obojętnym. Grupa chłopów przed kościołem w Chełmnie. Odgłosy modłów i pieśni. Co świętujemy? „Narodziny Najświętszej Marii Panny. Jej urodziny.”. I na tle dawnych pieśni maryjnych polscy chłopi opisują zapędzanie Żydów do tego właśnie kościoła, ich jęki i krzyki w nocy, przyjazd ciężarówek, które były zarazem komorami gazowymi, zabijanie. Każdy niekatolik po obejrzeniu tej sceny jest przekonany, że katolicyzm jest odpowiedzialny za Holocaust w równym stopniu co nazizm. Natomiast każdy katolik, zadaje sobie pytanie  dlaczego ten Kościół nie jest pomnikiem ofiar Zagłady, dlaczego odbywają się w nim uroczystości religijne?

Film Lanzmanna jest naprawdę arcydziełem. Czy Polacy stanowią w nim tylko tło? Czy gdy chłop opowiada z uśmiechem, jak to jako młody chłopak szedł wzdłuż wagonów i przeciągał palcem po szyi, by pokazać Żydom, że się ich wiezie na śmierć – jest kadrem czy sceną moralnie obojętną? Nie – jest moralnym oskarżeniem Polaków, którzy gdy mówią o Zagładzie to często się uśmiechają. Dlaczego – pytali mnie moi francuscy koledzy z pracy. Nie umiałem na to pytanie odpowiedzieć. „Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że film jest aktem oskarżenia przeciwko Polsce” spytano go w redakcji l’Express (wywiad ukazał się w maju 1985 r.). „Tak – odparł – ale sami Polacy się oskarżają. Oswoili się z rutyną eksterminacji. Nikomu nie przeszkadzała.”.  Czy C. Lanzmann zdawał sobie sprawę, że wypowiadając te słowa oskarżał nie Polaków, lecz cały świat? Dlaczego nie spróbował przynajmniej zasugerować, że obojętność znacznej części Polaków wobec Zagłady jest szczególnym przypadkiem obojętności świata wobec Zagłady? Dlatego, że tego typu dialektyczne prawdy w których mistrzami są zasymilowani polscy Żydzi sa dla Lanzmanna szczytem absurdu. Czuję obojętność polskiego sąsiada a nie brak zainteresowania córki żydowskiego bankiera z Nowego Jorku, tragicznym losem swoich wschodnioeuropejskiego współziomków ubranych w łachmany. Żydzi widzieli i czuli obojętność Polaków i tego faktu, nigdy nie zmienimy. Żydzi zostali zagazowani na polskiej ziemi i tego faktu nie jesteśmy też w stanie zmienić. Czy jesteśmy skazani na los wiecznych antysemitów współodpowiedzialnych za największa zbrodnię jakiej dokonał człowiek przeciwko innym ludziom?

Czy Lanzmann wdrukował w zbiorową podświadomość zachodniej opinii publicznej bezdyskusyjne dzisiaj twierdzenie, że nasz antysemityzm przyczynił się do sprawnego zagazowania milionów Żydów? Tak i piszę to na podstawie swojego 20 letniego pobytu we Francji w latach 1984 – 2004. Dla Francuzów nie ulega wątpliwości, że Polacy są prymitywnymi antysemitami – i mimo zbrodni swoich dziadów i ojców z lat 1940 -1944 dokonanych na Żydach – takie dzieła sztuki jak film Lanzmanna utwierdzają ich w przekonaniu, że gradacja cywilizacyjna jest odwrotnie proporcjonalna do gradacji antysemityzmu. Gdy Lanzmann mówi:  „we Francji nigdy by nie można zbudować obozów zagłady”, to wyraża bezdyskusyjną dla Zachodu prawdę, że cywilizacyjnie i kulturowo Francuzi stoją wyżej od Polaków, więc ich antysemityzm – z definicji – musi być łagodniejszy mniej barbarzyński od antysemityzmu wschodnioeuropejskich prymitywów. W ten sposób Lanzmann i cała kultura Zachodu przyjmuje punkt widzenia Hitlera, który twierdził identycznie to samo. W tym moralno-kulturowym równaniu, jeden fakt się nie zgadza: Niemcy. Czyż to nie oni zorganizowali unikalną w historii ludzkości biurokratyczno-przemysłową maszynę do unicestwienia Żydów?

Tak, ale to nie oni byli bezpośrednimi wykonawcami. Od 30 lat trwa w kulturze zachodniej proces oczyszczania Niemców z zbrodni Holocaustu. Od 30 lat kultura zachodnia wybiela zbrodnie narodu niemieckiego.  A. Besancon w „Nieszczęściu wieku” stwierdził, że „Noc Kryształowa” – pierwszy pogrom Żydów w hitlerowskich Niemczech – była porażką, ponieważ Hitler zrozumiał, że jego rodacy nie są przygotowani na Holocaust i dlatego postanowił wybudować sześć obozów koncentracyjnych nie na terytorium Niemiec, tylko poza nim.  W domyśle tam gdzie ludność przełknie Holocaust bez żadnych oporów moralnych. Wybudował je w Polsce, ponieważ – to fakt nie podlegający dyskusji – Polacy sa gorszymi antysemitami od Niemców. Wniosek A. Besancon zgadza się z twierdzeniem Lanzmanna.

Ten sam autor wyjaśnia w precyzyjny sposób, że to nie Niemcy tylko oddziały SS składające się z moralnych degeneratów, których w każdym narodzie można znaleźć, nadzorowały przebieg Holocaustu. Było ich kilkuset, a w dodatku większość prac – wyładunek Żydów z wagonów, segregacja, zabijanie dzieci – wykonywali więźniowie czyli w większości Polacy. Równanie cywilizacyjne jest rozwiązane. To nie Niemcy sa odpowiedzialni za Holocaust. To nie Niemcy byli jego bezpośrednimi sprawcami, tylko Polacy i inni degeneraci z narodów słowiańskich. Maszyniści pociągów wiozących Żydów do Treblinki i Oświęcimia – Polacy; kapo – Polacy, itd. itd. Kultura Zachodnia może odetchnąć z ulgą. Naród niemiecki jest niewinny.

Piotr Piętak