Dlaczego Wałęsa nie był agentem

Jak uratować cud „Solidarności” niszczonej z taką pasją przez  prawicowych publicystów, przez aktualny IPN. Cud pierwszej i jedynej rewolucji proletariackiej w dziejach Europy. Cud, którego żadne społeczeństwo na świecie nie przeżyło.

Redakcja kwartalnika „Akcent” wydrukowała w ostatnim 3 numerze z br. moje opowiadanie   pt. „Donos czyli opowieść o pisaniu”, dedykowane L. Wałęsie.  Pisanie o własnych utworach jest co najmniej ryzykowne, jednak dostałem kilka e-maili od czytelników, którzy twierdzą, że tytuł, dedykacja – ale także treść i forma utworu – jest  swoistym wypowiedzeniem wojny ideowej tym, którzy od lat starają się zniszczyć  autorytet L. Wałęsy. Jeden z moich czytelników pan Marek W. z Lublina stwierdził wprost: „ta historyjka wybiela postać zdrajcy „Solidarności” i pan publikując ją – a jest ona napisana ze szwungiem i talentem – staje się też zdrajcą.”. Zdrajcą jest Wałęsa. Zdrajcą jestem ja, który próbował – jak, to już inna sprawa – przedstawić w metaforycznej formie historię buntu społeczeństwa polskiego przeciwko władzy komunistycznej. Akcja opowiadania rozgrywa się w garnizonie w Orzyszu – tam gdzie teraz ma stacjonować amerykański batalion – w roku 1979. Moja jednostka licząca tylko 26 żołnierzy – obsługiwaliśmy trzy śmigłowce stacjonujące w tym garnizonie -, odmówiła zjedzenia obiadu. Fakt autentyczny, który przeżyłem. Fakt, który mną i moimi kolegami wstrząsnął. Za takie przestępstwo prowodyrom groziła wieloletnia kara więzienia. Władza starała się nas podzielić i i zmusić do zeznawania jeden na drugiego. Nie udało im się. Gdy po kilku miesiącach śledztwa w końcu wyszedłem na wolność, wiedziałem, że ten system socjalistyczny rozpadnie się już niedługo. Nie wiedziałem jak to się stanie, ale wiedziałem, że w PRL wyrosło pokolenie – jakim cudem -, które jest złożone z ludzi uczciwych, ludzi dla których słowo sprawiedliwość i sprawiedliwość społeczna nie jest martwym sloganem tylko codziennością. Ludzi dla których słowo solidarność z kolegą jest czymś świętym. Moją pierwszą „Solidarnością” był nasz bunt w Orzyszu. Jak go opisać? Przecież bohaterem buntu nie jest jednostka tylko zbiorowość? Przecież zarówno bohaterem „Solidarności” jak i bohaterem naszego buntu w Orzyszu – byliśmy „my” – nie Jan Paweł II, nie Macierewicz, nie Michnik – tylko „my”. Jak w literaturze, która z definicji jest głosem jednostki – powołać do życia „zbiorowego narratora”? Przez całe lata – oczyma wyobraźni czytam już inwektywy internauty – myślałem i starałem się wymyślić formę, która odpowiadała by temu unikalnemu doświadczeniu historycznemu jakim była rewolucja 1980 -1981, której bohaterem jest tylko i wyłącznie zbiorowość? Jak uratować cud „Solidarności” niszczonej z taką pasją przez  prawicowych publicystów, przez aktualny IPN. Cud pierwszej i jedynej rewolucji proletariackiej w dziejach Europy. Cud, którego żadne społeczeństwo na świecie nie przeżyło, a o którym marzyli wszyscy lewicowi intelektualiści z Paryża czy Londynu. Cud, który dzisiaj wrzucamy do kosza na śmieci. Po latach pracy – słyszę już kpiny – zrozumiałem, że bohaterem opowiadania w którym opisuje nasz bunt w Orzyszu, nie może być żaden mój kolega, że bohaterem może być tylko zeszyt w którym kilku z moich kolegów próbowali opisać to co przeżywaliśmy. Z tym, ze nasi przełożeni i śledczy wiedzieli o istnieniu tego zeszytu i cały ich wysiłek był skierowany na jego odnalezienie, na jego „aresztowanie”. Szukają zeszytu i tych, którzy w nich zapisują swoje spostrzeżenia. Aresztują po kolei  autorów, którzy przed aresztowaniem  przekazują go swojemu koledze. Z jednej strony władza i jej wysiłki by unicestwić prawdę zawartą w zeszycie, z drugiej „my”, którzy zeszyt chronimy o który się kłócimy. Cytat wyjaśni najlepiej:

„Na kartkach, porządnie już wymiętych i poplamionych – tej opowieści, nazywają mnie Milimetr, w rzeczywistości mam na imię Piotr. Nie, nie znalazłem tego zeszytu (zapomniałem napisać, ze Jarząbek został wczoraj aresztowany) ani pod odstającą od ściany  dyktą ani nigdzie indziej i by móc teraz w nim pisać musiałem się pobić z Ernestem moim najbliższym przyjacielem. On uważa (Heniek też), że należy ten zeszyt zniszczyć, że opisany w nim „wypadek nadzwyczajny” jest dla nas niebezpieczne i może być wykorzystane przeciwko nam na pokazówce, gdyby WSW zeszyt odnalazło i zarekwirowało. „Przeciwko tobie durniu też”, powiedział Heniek. Zgoda. Przeciwko jemu. Przeciwko mnie. Przeciwko nam wszystkim. Ma racje, ale ja nie potrafię zeszytu zniszczyć i nie potrafię wytłumaczyć  : dlaczego nie chce tego zrobić. Chociaż – w tej chwili właśnie, pisząc, pomyślałem, że kłamie. Wiem dobrze dlaczego nigdy zeszytu Jóźwika i Jarząbka nie zniszczę, tylko nie chce, nie mogę, nie umiem tego napisać. Bo jak napisać, że go – brzmi to śmiesznie – no może nie kocham, ale lubię. Lubię szare w kratkę stronice zapisane okrągłym pismem Jóźwika i te dziwne figurki kobiece rysowane przez niego na wąskich marginesach. Czuje dziwne ciepło na piersiach, gdy czytam pochyłe, lekko opadające w dół zdania Jarząbka.

Napisałem już, że Jarząbek został aresztowany i teraz powinienem napisać o tym w jaki sposób ja zostałem właścicielem zeszytu. Najpierw jednak kilka słów o atmosferze panującej w naszej jednostce.

Boją się nas. To widać na każdym kroku. Po przesłuchaniach i po odlocie komisji strach widać w spojrzeniu każdego trepa. Izolują nas od reszty garnizonu :  na śniadania, obiady, kolacje chodzimy pół godziny wcześniej od innych jednostek. Do kantyny możemy, ale tylko w towarzystwie trepa. Niby nas pilnują, a mimo to  czujemy się swobodnie, na luzie. Mamy sporo wolnego czasu. Chodzimy (zgodnie z planem) na lądowisko, lecz zamiast przeglądu sprzętu, idziemy – trepy nam nie przeszkadzają – do pobliskiego lasu,  na jagody. Komary tną i nie wiadomo co bardziej podziwiać : wielkość owadów czy owoców. Potem wracamy do jednostki. Po obiedzie, mamy „zajęcia teoretyczne”, ale praktycznie nic nie robimy. Szef pozwala grać nam w piłkę. Gramy. Byłbym zapomniał.

 Boimy się. Boimy się cały czas.”.

Zeszyt zostaje przez nas uratowany. Jak to się nam udaje? Trzeba przeczytać całe opowiadanie. Dzisiaj jest on niszczony, metodycznie i z wprawą, przez pokolenie historyków, którzy z rzeczywistości PRL nic nie rozumieją.

Piotr Piętak

Dodaj komentarz