Linux – felieton autokrytyczny wiceministra

Jakiś wścibski internauta „odkrył”, że byłem w latach 2005 – 2007  wiceministrem w rządzie PiSu  a także – to już zgroza – doradcą tej partii w sprawie informatyzacji od 2003 roku  i  co ważniejsze wygrzebał on w Internecie dokumenty z których wynika, że partia prezesa J. Kaczyńskiego zamierzała wprowadzić w administracji publicznej system Linux.

W związku z tymi porażającymi go faktami, internauta wezwał mnie do publicznej spowiedzi, co mianowicie takiego zrobiłem w propagowaniu „wolnego oprogramowania” w tym okresie. Fakty się niby zgadzają, ale niestety nie do końca. Dlaczego? otóż ja sam nie wiem np. czy byłem doradcą PiSu czy nie. Dlaczego pisze nie wiem? Bo nie mam tego na papierze; powiedziano mi że Komitet Polityczny PiSu jednogłośnie powołał Grupę Roboczą ds. informatyzacji i reformy nauczania informatyki w liceachktórej byłem „koordynatorem”, jednak gdy pod koniec panowania PiSu na jesieni 2007 r. poprosiłem by mi pokazano tą uchwałę to okazało się, że jej nie ma i że nigdy KP PiS takowej nie uchwalił.

Z PiSem niestety nigdy nie wiadomo czy jak mówi „nie” to nie oznacza to „tak” i na odwrót. Mieliśmy okazje to obserwować w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej i tuż po niej. Tak samo (lub podobnie) było z mianowaniem mnie wiceministrem; ani Dorn ani premier Marcinkiewicz ani prezes Kaczyński nie chcieli mnie mianować, ale na pięć miesięcy przed wprowadzeniem paszportów biometrycznych (była to dyrektywa UE i zawalenie tej sprawy groziło kompromitacją rządu) wiceminister odpowiedzialny za ich wprowadzenie podał się do dymisji. Cała czołówka PiSu i rządu szukała frajera, który wziąłby na siebie odpowiedzialność za wprowadzenie w terminie (28 sierpnia 2006 r.) paszportów biometrycznych – innymi słowy szukali „kozła ofiarnego” na którego można by zwalić całą winę  itd.

Zaproponowano mi stanowisko wiceministra i się zgodziłem. Dlaczego, przecież mianowano mnie 5 maja 2006 r. i miałem 4 miesiąca na wykonanie pracy, które inne kraje europejskie wykonywały w ciągu dwóch lat?

Po pierwsze władza – to zawsze jest przyjemne (chociaż b. źle płatne), ma się samochód do dyspozycji i kierowcę. Bryluje się na przyjęciach w ambasadach, udziela wywiadów. Każdy na takie frukty jest lasy.

Po drugie jednak chciałem się sprawdzić zawodowo, jestem informatykiem, 20 lat pracowałem w tym zawodzie w Francji i Belgii i kusiło mnie wypróbowanie normalnych metod realizacji wielkiego projektu informatycznego w warunkach postkomunistycznego bajzlu. Projekt realizowałem metoda normalną, europejską czyli anty-pisowską, co doprowadzało do szewskiej pasji niektórych posłów związanych z Radiem Maryja, którzy nie rozumieli jak mogłem przyznawać racje – i to publicznie – „Gazecie Wyborczej”, która krytykowała mnie i prowadzenie projektu ile wlezie.

Nie rozumieli lub inaczej, to było absolutnie poza horyzontem ich wyobraźni, że każda krytyka jest z definicji słuszna, że każda krytyka pomaga a nie przeszkadza. „GW” krytykowała, a ja jej w liście otwartym przyznawałem racje i dziękowałem za krytykę.

W MSWiA minister Dorn mój wielce szanowny przełożony był absolutnie przekonany, że „GW” nie wydrukuje mi listu. „GW” list wydrukowała a po trzech tygodniach zaczęła  chwalić urzędników pracujących nad wprowadzeniem paszportów biometrycznych. Min. Dorn mylił się (jak zawsze) no i nie oglądał „Ojca chrzestnego”, gdzie jasno wyłożono, że swego największego wroga trzeba zneutralizować czyli trzymać jak najbliżej siebie „przyjaciół trzymaj się blisko, wrogów jeszcze bliżej”.

Natomiast posłowie PiS związani z Radiem Maryja dostali z wściekłości piany na ustach i wysmażyli na mnie wielce naukowy donos w którym byłem jednocześnie agentem agenta Moskwy i zausznikiem stowarzyszenia Ordynacka i.t.d. Wiem, że miało być o Linuksie – zaraz będzie. No i 28  sierpnia 2006 r. nastąpiła katastrofa, to znaczy Polska wprowadziła z tą datą zgodnie z wszelkimi zaleceniami UE paszporty biometryczne. Czyli sukces. Zależy dla kogo. Ten mój sukces był moją największa klęską. Każdy wiceminister, który odnosi jakikolwiek sukces kopie sobie grób własnymi rękoma.

Po pierwsze inni wiceministrowie, którzy nic nie zrobili zadają sobie pytanie, k..m..ć  ten k.. zrobił te paszporty i teraz będą nas pytali dlaczego my naszych projektów nawet nie ruszyliśmy, trzeba się bronić a najlepiej atakować. Kim on jest? Agent, tylko agentowi mogłoby się coś takiego udać. A skąd Franiu wiesz, że agent? Jak to skąd co piszą ludzie Rydzyka – masz czytaj! Zaczyna się podkładanie świń, donosy do ministra i.t.d. Wiem, że miało być o Linuksie.

Przyjmując stanowisko wiceministra postawiłem warunek, że rząd będzie ten system propagował i że będę mógł podjąć  osobiście działania w tym kierunku. Dlaczego propagowanie Linuxa przez rząd uważałem za korzystne z punktu widzenia ekonomicznego czyli po prostu kieszeni klienta firmy Microsoft? Otóż doświadczenie innych krajów (np. Meksyk , Tajlandia) wskazywało, że rządy, które prowadziły politykę propagowania Linuxa, doprowadzały w krótkim czasie do obniżenia ceny systemu Windows na terytorium swoich państw. A u nas?

 

Wiosną 2007 r. przyjechał do Polski wiceprezes Microsoftu. Co należało robić? Proponowałem zorganizowanie w przeddzień jego przyjazdu konferencji rządowej na temat „wolnego oprogramowania” i Linuxa. Oczywiście wicepremier Dorn się nie zgodził i pobiegł uściskać wiceprezesa Microsoftu. Po tej przygodzie zadałem sobie pytanie: czy ci politycy z PiSu są kompletnymi idiotami nierozumiejącymi, że niepodległość dzisiaj oznacza niezależność od dyktatu wielkich firm informatycznych? Że z tymi firmami – tak jak z Rosją na innym planie – należy prowadzić grę – prostą i skuteczną: propagujesz konkurenta Microsofta  zmiękczasz imperium Billusia.

Zrozumiałem, że t.z.w dobro publiczne dla polityków się nie liczy, że zawsze znajda jakiś pretekst by się wymigać. W tym przypadku wicepremier Dorn powiedziałby, że musiał przyjąć wiceprezesa Microsoftu, bo gdyby nie przyjął to „GW” napisałaby, że ten rząd to ciemnogród nie rozumiejący współczesności itd.

Otóż oczywiście należało spotkać się z wiceprezesem Microsoftu, ale przedtem należało zorganizować konferencje rządowa o Linuksie. Wtedy Bill Gates wiedziałby, że nie ma do czynienia z matołkami tylko z ludźmi, którzy cośkolwiek o świecie współczesnym wiedzą. I to by było na tyle.

Piotr Piętak redaktor portalu mediologia.pl

zapraszam również na kurs Linux

Dodaj komentarz