Zaplanowana katastrofa – raport o reformie edukacji

W latach 2003 -2005 byłem doradcą Klubu Parlamentarnego PiS ds. reformy informacyjnej państwa i nauczania informatyki w szkołach średnich. W ramach mojej pracy jeździłem po kraju i rozmawiałem z nauczycielami informatyki – byłem na Mazurach w Piszu w Ruciane- Nida, także w Łodzi i  w kilku miastach na Śląsku. Moje wnioski przedstawiałem przewodniczącemu KP PiS L. Dornowi, wiem, że zapoznawało się z nimi grono czołowych działaczy PiS (Bielan, Mężydło itd.). Pierwszy wniosek był banalny: aby przeprowadzić jakąkolwiek reformę edukacji musi istnieć wobec jej założeń consensus społeczny, swoiste Porozumienie Ponad Podziałami. Dlatego już po miesiącu nawiązałem współpracę z stowarzyszeniami edukacyjnymi, które w większości były kierowane przez działaczy związanymi z SLD czy Unią Pracy. Być może dzisiaj może wydać się to dziwne, ale współpraca miedzy prawicowym PiS i postkomunistycznymi działaczami układała się harmonijnie, gdyż wszyscy zgadzali się co do jednego: należy wprowadzić jak najszybciej do szkół naukę systemu Linux. Ten consensus zaowocował – po rozpadzie SLD i powstaniu rządu premiera Belki uchwaleniem pierwszej w III Rzeczpospolitej ustawie o informatyzacji administracji publicznej, jeszcze przed wyborami w 2005 roku. Pamiętałem także, że reforma edukacji w Finlandii w latach 90 –tych XX wieku trwała 12 lat, rządy się zmieniały, ale założenia reformy nie. Edukacji nie można zreformować w ciągu roku. Wszyscy, którzy dotknęli tego tematu, wiedzą o tym doskonale. Pamiętałem także, że rząd J. Chiraca z lat 1986 -1988 przewrócił się na reformie liceów. To co uderza w dzisiejszych wypowiedziach działaczy PiS to przeświadczenie, że reforma jest łatwa, że to powrót do przeszłości, którą wszyscy pamiętają. Otóż nikt nie pamięta  ośmioletniej szkoły podstawowej i 4 – letniej szkoły średniej. Dla większości nauczycieli dla wszystkich uczniów to będzie prawdziwa rewolucja – a rewolucji edukacja nie znosi.

Wprowadzenie radykalnej reformy edukacji wymaga lat a nie miesięcy, to ta świadomość popycha coraz większą liczbę nauczycieli i rodziców do protestów.  Czytając argument aktualnej pani minister, która jest całkowicie przekonana, że powrót do systemu szkoła podstawowa – licea, jest w gruncie rzeczy banalny, przypomniałem sobie wspomnienia J. Kuronia, który dyskutował w latach 60 –tych o edukacji z legendarnym autorem „Kamieni na szaniec” A. Kamińskim:

„W 1967 roku /…/ przedstawiłem Aleksandrowi Kamińskiemu swoją pracę doktorską o wychowaniu w tzw. zespołach zadaniowych. Zapytał, czy chce stosować swoje koncepcje także w szkole, a kiedy potwierdziłem, szczerze się zafrasował:

– Oj biedny chce pan wojować z systemem klasowo – lekcyjnym, roztrzaska się pan.

– Wielkie rzeczy, ja wojuje z systemem społeczno –politycznym – wzruszyłem ramionami.

– To dużo łatwiej – powiedział Kamiński – niech pan patrzy, ile to się systemów politycznych zmieniło od początku XIX wieku, a szkoła jaka była, taka i jest.”.

Wprawdzie PiS nie zamierza wzorem Kuronia znieść systemu klasowo –lekcyjnego, ale ten dialog pomiędzy wybitnym pedagogiem i rewolucjonista uświadamia nam, że szkoła jest ostoją konserwatyzmu społecznego – na szczęście – i że wszelkie jej reformy muszą brać pod uwagę czynnik czasu. Reforma zbyt szybko wprowadzona zmienić się może w swoje przeciwieństwo. To co uderza w propozycjach MEN to całkowity brak świadomości, że w ciągu ostatnich 20 lat szkoła jako instytucja przeszła prawdziwa rewolucję polegającą na  informatyzacji procesu nauczania. Na całym świecie od kilku lat dyskutuje się konsekwencje tej rewolucji, pojawiają się książki np. „Płytki umysł” N. Carr -, które analizują spustoszenie intelektualne dokonane przez komputer i Internet w umysłach młodzieży, wybitni specjaliści postulują likwidację – a przynajmniej radykalne ograniczenie roli komputera w szkole. Więcej szkoły w USA, Anglii czy Francji coraz odważniej wracają do klasycznego systemu nauczania w którym  korzystanie z Internetu i komputera jest wręcz zabronione. Natomiast u nas nadal trwa mit i upojenie środkami komunikacji, mit e-szkoły, e-książki, e-nauczyciela. Mit społeczeństwa postkolonialnego, który kopiuje kulturę nauczania już dawno przebrzmiałą w krajach autentycznie cywilizowanych. Dlaczego proces informatyzacji nauczania jest niebezpieczny dla funkcjonowania szkoły dla samego właśnie procesu nauczania? Ponieważ MEN nie zamierza odpowiedzieć na to pytanie, musimy starać się przekazać nauczycielom (w dużym stopniu oni już to wiedzą) i rodzicom, wnioski z katastrofy intelektualnej jakim jest zanik przekazywania wiedzy w szkołach, proces przekazywania wiedzy został zastąpiony prze proces jej komunikowania co jest równoznaczne z likwidacja szkoły. Dlaczego?

Otóż w naukach zajmujących się współczesnymi mediami rozróżnia się dwie formy upowszechniania informacji: komunikowanie i przekazywanie. Termin „przekazywanie” oznacza wszystko co jest związane z dynamiką pamięci zbiorowej, a więc przede wszystkim instytucją szkoły i rodziny, natomiast termin „komunikacja” to krążenie informacji w danym momencie.

We współczesnej cywilizacji istnieje wiele „maszyn komunikacyjnych”: telegraf, radio, telewizja, komputer. Nie istnieją jednak maszyny do przekazywania, ponieważ przekazywanie odbywa się zawsze pomiędzy osobami a nie maszyną i osobą i związane jest z relacją interpersonalną np. między matka i synem, profesorem i uczniem, kapłanem i wiernym. Według R. Debray pogląd, iż można zapewnić przekazywanie kulturowe za pomocą środków teleinformatycznych stanowi jedną z najbardziej typowych iluzji „społeczeństwa informacyjnego”.

Nie ma bowiem możliwości przekazywania wiedzy bez interfejsu instytucjonalnego a więc szkoły i rodziny. Kryterium nowoczesności nauczania to nie brak interfejsu maszynowego (komputery dla sześciolatków) lecz brak czy kryzys funkcjonowania interfejsy instytucjonalnego – powtórzmy raz jeszcze – szkoły i rodziny. Komputery dla sześciolatków – czyli fundament e-szkoły – doprowadzą więc do jeszcze większego kryzysu szkoły czyli zakłócą proces przekazywania wiedzy i doprowadzą do zaniku relacji między nauczycielem i uczniem. Skąd bierze się te dzisiejsze upojenie komunikacją czyli upowszechnianiem informacji w przestrzeni?

Otóż jest ono związane z eksplozją informacyjną. Maszyny, komputery nas fascynują, instytucje nudzą. Zakup komputerów jest łatwy. Reforma instytucji jest nudna i żmudna. Jak pisze R. Debray: „Aby przezwyciężyć przestrzeń wystarczy maszyna. Aby przezwyciężyć czas potrzebny jest motyw plus siła napędowa oraz dodatkowo maszyna w sensie materialnym lub formalnym plus instytucja społeczna (na przykład szkoła, nosiciel kultury książki, a niebawem jej ostatnie schronienie.)”. Wprowadzenie e-podręczników obniży – i tak katastrofalną – średnią przeczytanych książek przez młodzież w ciągu roku co może doprowadzić do wtórnego analfabetyzmu.

Skorzystają na tym tylko firmy, które e-książki wyprodukują. Problem jednak w tym, że analogiczne uwagi możemy usłyszeć z ust coraz liczniejszych nauczycieli, którzy sa przerażeni zanikiem zdolności myślenia i pisania. Uczniowie nie piszą już wypracowań, kopiują je z Internetu, a ci nauczyciele od polskiego, którzy chcą wykonywać swój zawód zgodnie z etyka zawodowa, spędzają godziny na wyszukiwanie stron internetowych z których uczniowie kopiują wypracowania. Slogan e-szkoły jest całkowicie oderwany od realiów funkcjonowania polskiej szkoły w XXI wieku.

Jest on także niebezpieczny, ponieważ radykalne ukomputeryzowanie nauczania może doprowadzić w krótkim czasie do zaniku racjonalnego myślenia w życiu społecznym. Zacznijmy od spostrzeżenia banalnego: nasze życie jest wypełnione oglądaniem różnego rodzaju ekranów, na które ludzie spoglądają prawie bez przerwy. Stąd pytanie: jak kultura obrazu i ekranu wpływa na strukturę naszego myślenia (które jest kształtowane głownie w szkole i rodzinie)? Francuscy naukowcy wydający pismo „Medium” badając ten wpływ doszli do następujących wniosków:

– Po pierwsze obraz nie może przekazać treści czy wypowiedzi negatywnych stąd wniosek, że możliwość lub projekt, wszystko co zaprzecza konkretnej rzeczywistości lub poza nią wykracza, nie „przechodzi” na mały ekran. Wyłącznie pismo dysponuje sposobami oznaczenia opozycji i negacji.

– Po drugie obraz może pokazać tylko jednostki a nie kategorie lub typy, obraz jest zaprzeczeniem ogólności. Cecha ta uniemożliwia wyartykułowania przez obraz takich kategorii jak równość czy wolność.

– Po trzecie obraz nie zna operatorów typu ; albo…albo ; lub ; jeżeli…to. Obraz może się posługiwać tylko zestawieniem i dodawaniem na jednym planie rzeczywistości, bez możliwości pojawienia się meta poziomu logiki. Myślenie przez obraz nie jest ani logiczne ani nielogiczne, jest raczej myśleniem alogicznym mającym formę mozaiki a nie naukowych hipotez. Myślenia mozaikowego w przeciwieństwie do naukowej hipotezy nie można zweryfikować.

– Po czwarte obraz zawsze należy do teraźniejszości, wyraża linearne następstwo chwil teraźniejszych. –

Wynika z tego jednoznacznie, że kultura obrazkowa jest zaprzeczeniem myślenia racjonalnego. Jest to tym groźniejsze, że cała dzisiejsza edukacja – od momentu jej informatyzacji – zarówno przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych jest coraz bardziej podporządkowywana „myśleniu obrazkowemu”.

Jak kultura obrazu i ekranu zmienia nasze myślenie? Czy jest ona kompatybilna z gospodarką opartą na wiedzy a wiec na nauce czy przeciwnie pomiędzy „obrazami” i „wiedzą” istnieje sprzeczność, która może doprowadzić do coraz większej irracjonalizacji życia społecznego i gospodarczego?

Pytania wydaja się retoryczne bowiem już  D. Bell w książce opublikowanej w 1973 roku zauważył, że:

Prawda jest, jak sądzę, ze kultura współczesna to raczej kultura obrazu niż druku. (…). Względne znaczenie druku i obrazu w kształtowaniu wiedzy ma jednak swoje konsekwencje dla spójności kultury. Druk pozwala na spokojne zastanowienie się nad tekstem i na dialog: nie tylko kładzie nacisk na poznanie i na znaczenie symboliczne, ale  – co najważniejsze – na sposób konceptualizacji myśli. Media wizualne – mam na myśli film i telewizje – narzucają widzowi swe tempo i, kładąc nacisk raczej na obraz niż na słowo, skłaniają nie do konceptualizacji, lecz do dramatyzacji.

Od momentu napisania tych słów minęło 40 lat , komputery zawojowały świat a Internet połączył ludzi w jedną globalną wioskę.  Lev Manowich – amerykański badacz mediów – analizując dzisiejsze życie codzienne doszedł do wniosku, ze jest ono wypełnione oglądaniem różnego rodzaju ekranów, na które ludzie spoglądają prawie bez przerwy. Dlatego też nazwał nasze społeczeństwo – społeczeństwem ekranu i wirtualnego obrazu, fakt ten zaczął powoli docierać do naukowców, którzy podzielili się na dwie grupy;

– pierwsi (etnografowie, socjolodzy) zafascynowani społeczeństwem komunikacyjnym dochodzą do wniosku, ze obraz wprawdzie nie może zastąpić druku, jednak powinno się go uznać za równie ważny jak słowo element pracy badawczej;

– drudzy np. francuski filozof Regis Debray próbują tworzyć od końca lat 90-tych XX wieku nową dyscyplinę poznawczą, która bada wpływ technik komunikacyjnych na procesy społeczne polityczne i gospodarcze. To właśnie w ich książkach i artykułach można znaleźć najradykalniejsza krytykę mitu globalnego raju komunikacyjnego, który obiecywali twórcy Internetu.

Wygląd ekranu ewoluował w miarę postępu technicznego, przełomem było pojawienie się pceta, wtedy producenci sprzętu komputerowego i oprogramowania zrozumieli, ze upowszechnienie się komputerów osobistych wymaga adaptacji trudnego specjalistycznego języka obsługi komputerów do języka „przyjaznego” dla nieprofesjonalistów.

Dlatego wprowadzono język ikon, uniezależniający komunikowanie się użytkownika od jego etnicznego języka, rozbudowano systemy operacyjne o funkcje ułatwiające korzystanie z komputera. Język okien (Windows) – zdaniem wielu badaczy  – był czynnikiem decydującym w eksplozji rynku komputerów osobistych. Na odkryciu w istocie lingwistycznym – dostosowaniu języka do wymagań i możliwości jego potencjalnych użytkowników – zbudował swoja potęgę Microsoft. Miało to i ma nadal ogromny wpływ na całość życia społecznego ale przede wszystkim na system zdobywania wiedzy i nauczania zarówno w liceach jak i gimnazjach.

Od 20 lat obserwujemy stopniową ekranizacje podręczników szkolnych, zaryzykowałbym twierdzenie, że pod wpływem systemu Windows (kultury informatycznej) następuje „ikonizacja” naszego systemu edukacji. Strona podręcznika np. od języka polskiego[1] przypomina do złudzenia ekran komputera poruszany przy pomocy systemu operacyjnego Windows.

Jakie to może mieć konsekwencje na poziom nauczania? Czy obserwowane od pewnego czasu obniżenie np. zrozumienia tekstu literackiego nie jest związane ze sposobem jego przedstawienia i interpretacji? Czy – wielokrotnie krytykowana przez najwybitniejszych polonistów – matura z języka polskiego polegająca na mechanicznym kojarzeniu pojęć a nie zrozumieniu tekstu nie jest pochodną właśnie „ikonizacji” nauczania? Czy w konsekwencji proces edukacji w szkołach średnich nie zmienia się powoli w zaprzeczenie samej istoty nauczania w szkołach średnich, który od wieków polega na zdobywaniu wiedzy a nie tylko umiejętności?

Jeżeli czytelnik myśli, ze przesadzam to proszę przejrzeć maturę z polskiego serwowaną uczniom w XXI wieku w naszych liceach. Pytania do tekstu sa postawione w taki sposób by umysł ucznia zamienić w internetową wyszukiwarkę, która szuka słów (zawartych w pytaniu) i automatycznie przepisywać odpowiedź znajdującą się w pobliżu tegoż słowa. Tego typu umiejętność – bo nie ma to nic wspólnego z wiedzą – jest nagradzana, ba nauczyciele i korepetytorzy wręcz mówią swoim podopiecznym nie myśl, tylko szukaj w tekście odpowiedniego fragmentu i go przepisuj!

W prawie 40 lat później ekran komputera podłączony do „światowej pajęczyny” organizuje wiedzę dokładnie odwrotnie niż czyniła to technologia druku. Hipertext – którego zasady upowszechnił Internet – zastępuje bardziej ograniczony sposób informacji drukowanej. Tradycyjna książka z określoną liczba faktów ustępuję miejsca otwartej dziedzinie informacji, której przypisy i odsyłacze rozwidlają się bez końca kreując nowe podteksty i metateksty.

Następuje – według współczesnych entuzjastów elektronicznej cywilizacji – koniec ery książki, jej zasadnicze cechy takie jak linearność i ograniczoność zastępowane są przez hipertekst, którego główna zasadą budowy jest nieskończona ilość skojarzeń. Książka jest autonomiczna, ma początek i koniec w hipertekście samo założenie początku i końca znika, pozostaje tylko punkt startowy z którego użytkownik sieci łączy się z odpowiednimi materiałami.

Drukowana książka jest produktem, który wymaga skupienia uwagi w trakcie czytania. Hipertekst jest procesem, ciągle sie przekształca i nigdy nie jest skończony a przy tym jest ulotny budzący tylko skojarzenia i nie wymagający skupienia uwagi jak modlitwa czy czytanie. Człowiek zmienia się powoli w elektroniczny strumień linków w – jak napisał polski poeta „próżnię przez która przebiegają fale”.

Słowo skłania do konceptualizacji, obraz do dramatyzacji rzeczywistości, natomiast obraz wirtualny i hipertekst do jej „mafizacji”. Internauta skaczący po hiperłączach – sama ta internetowa wędrówka go podnieca i uniemożliwia racjonalne myślenie – w pogoni za wyjaśnieniem jakiegoś zjawiska np. katastrofy smoleńskiej czy „układu” rządzącego III Rzeczpospolitą, dochodzi nieuchronnie do wniosku, że wszystkim rządzą zakulisowe spiski, gangi, mafie i pozbawione skrupułów grupy interesu.

Internauci nie umieją już czytać ani pisać, ponieważ dzięki  internetowej encyklopedii Wikipedii i dwóm funkcjom „wytnij” i „wklej” wiedzą i umieją wszystko. Wiec wycinają i wklejają zmieniając się powoli w bezrefleksyjne automaty.

Niestety nie  R. Debray stwierdza:

Pogląd, że można zapewnić przekazywanie kulturowe za pomocą środków technicznych komunikacji stanowi jedna z najbardziej typowych iluzji społeczeństwa komunikacyjnego.

Kryterium przekazywania wiedzy i kultury nie jest obecność lub brak interfejsu maszynowego między człowiekiem a człowiekiem lub człowiekiem a kulturą, lecz przeciwnie obecność lub brak interfejsu instytucjonalnego. Telegraf, telefon, telewizja, komputer służą do komunikacji a nie przekazywania wiedzy. Przekazywanie jest komunikacja optymalizowaną przez instytucje zakorzenioną w tradycji czyli społecznej pamięci.

Szkoła aby wypełnić swoje funkcje przekazywania wiedzy musi być chroniona od metodologii nauczania wypracowywanych w kulturze Internetu, która jest zaprzeczeniem nauki i wiedzy. Narzędzie komunikacji, które unicestwia czas jest największym wrogiem tego co stanowi podstawę współczesnego społeczeństwa: wiedzy. Wnioski są banalne, należy natychmiast powstrzymać w naszych szkołach upowszechnianie e-podręczników, które są zaprzeczeniem nauczania, należy ograniczyć rolę Internetu i komputera. Na tym powinna polegać prawdziwa reforma edukacji.

Piotr Piętak

 

 

4 przemyślenia nt. „Zaplanowana katastrofa – raport o reformie edukacji”

  1. Reformę można wprowadzić w czasie określonym przez cykl nauczania podstawowego i średniego. Problem to kadry a dokładnie niski poziom i brak chęci do pracy. Jest to spowodowane m.in. szerokim zakresem praw ucznia i rodziców. Wyposażeniem szkół i predyspozycjami do zawodu. Kiedyś było inaczej. Trafna uwaga dotyczy bezkrytycznej wiary w komputery. To poważny błąd ogranicza bowiem zdolność działania bez elektroniki. A wystarczy mały bezpiecznik. Nie opanowano tematu ataków hakerskich……Musi istnieć korelacja między potrzebami gospodarki a kierunkami kształcenia. Należy postawić pytanie, kim ma być absolwent po każdym z poziomów. Edukacja powinna być w gestii państwa, aby ograniczyć rolę układów i presję samorządów. Nauczyciel musi mieć spokojną pracę z perspektywą minimum kilku lat. Krzyk podniesiono, że brak podręczników, czy podstaw programowych. Bajka, one leżą w szufladach autorów podręczników. Jest grupa aktywnych autorów dla których to tylko kosmetyka. Szkoła nie lubi rewolucji, ale zamykanie się w maraźmie też jej nie służy. Były szkoły bardzo dobrze wyposażone z właściwą kadrą / patenty , autorzy podręczników…../ Cóż, resortowe komuś przeszkadzały.

    1. Wiele słusznych uwag. Z jedną natomiast sie nie zgadzam, dlaczego edukacja ma być tylkow gestii państwa? Czy prywatne nauczanie – prywatne licea – muszą być gorsze? Jak wskazuje przykład krajów zachodnich czy azjatyckich, jest dokładnie odwrotnie.
      Pozdrawiam
      Piotr Piętak

  2. Witam. Jestem emerytowanym belfrem porządnej szkoły resortowej. Kiedy na moim biurku stał komputer to koledzy ze szkół miejskich nie wiedzieli co to jest. Problem oświaty to problem stabilności w wielu zakresach. Konflikty w całej Polsce w szkołach zarządzanych przez samorządy. Ostatni w Gietrzwałdzie, proszę sprawdzić. Zarząd państwa zwiększa stabilność pracy takiej szkoły. Szkoły prywatne – znam. Sprawa jest bardziej złożona. Rankingi szkół średnich i bywa różnie. Prywatna szkoła w dużym ośrodku zbiera elitę w którą inwestują rodzice. W mniejszych miastach bywa tak, że dyrekcje nie ruszają dzieci osób wpływowych, zamożnych. Wyznaję zasadę, że każdy talent powinien zostać wyłuskany i kształcony na koszt państwa.Jak to działa ? Np tak, że z biednych Prus Wsch pochodzi czterech noblistów. Z lubuskiego trzech. A Wrocław ze swoją dziesiątką ? To nie jest przypadek. Za uczniem muszą iść pieniądze. Za zdolnym odpowiednio większe. Taki jest skutek wejścia w życie pruskiej reformy oświatowej. Dalej , USA, Austria….. Młode talenty są narodowym skarbem i należy zrobić wszystko, żeby nawet biedna rodzina mogła wyedukować swoją pociechę / zwłaszcza uzdolnioną / . Szkoły prywatne są dla zamożnej grupy. Nie oznacza to, że zdolniejszej. Nie wszyscy rodzice / zamożni/ akceptują, że sukces osiąga się systematyczną ciężką pracą. Cóż, sami , co pokazuje ostatnie 27 lecie dochodzili do pieniędzy wcale nie pracą.

    1. Pełna zgoda, jednak prywatne szkoły – o czym pan zapomniał – dają w USA np. czy w Anglii stypendia dla ubogich i ten system sie także sprawdził, sądzę, że nawet lepiej niz system
      państwowy, no ale to temat do szerokiej dyskusji
      Pozdrawiam
      Piotr Piętak

Możliwość komentowania jest wyłączona.