KOR – rewolucyjne ramie PZPR

Z wywiadu Z. Romaszewskiej – patrz dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” – wynika, że władzę w Polsce sprawują działacze KOR –u. Współpracownik Komitetu J. Kaczyński jest przywódcą odradzającej się Polski, ministrem MON założyciel KOR –u, w kancelarii prezydenta aż roi się od pań, które w KOR działały. Po 40 latach od chwili powstania, KOR zdobył w Polsce władzę. Bogu niech będą dzięki. Ale to nie wszystko, ponieważ przywódcą opozycji jest A. Michnik, też działacz KOR –u. Wynika z tego, że żyjemy w ideowej dyktaturze KOR. To jego działacze decydują o ideowym i organizacyjnym obliczu naszego kraju. Jest to sytuacja niepokojąca, ponieważ kiedy do władzy dochodzą Narodowi Bohaterzy, nieskazitelni moraliści, to należy czym prędzej zwiewać gdzie pieprz rośnie. Nie ma nic gorszego w historii niż rewolucjoniści, którzy zdobywają władzę i wierzą w to co mówią. Poniżej przedstawiam czytelnikowi fragment mojej powieści pt. „Na lawecie”, której bohaterem jest agent SB współpracujący z KOR. Mój agent raz jest agentem a innym razem agentką – specjalizuje się w błyskawicznych zmianach płci, proszę o tym nie zapominać czytając fragment mojej powieści, która nigdy się w druku nie ukaże.

Na lawecie

 

/…/ I w ten sposób zostałam mężczyzną.  W miesiąc później, kiedy już zmieniłam się w wesołego blondyna, rzucającego na zajęciach z socjologii wiedzy, cytatami z Bakunina i Kropotkina, rozpoczęłam z dwoma koleżankami z resortu naukę na Tajnych Kompletach organizowanych przez MSW dla swoich  agentów do zadań specjalnych. Zanim jednak zaczęłam zajęcia z fenomenologii politycznej z wybitnymi opozycyjnymi pisarzami, moi przełożeni postanowili dokonać jeszcze jednej zmiany i dwukrotnie na dziedzińcu UW koledzy z SB pobili mnie ciężko za rozrzucanie antykomunistycznych ulotek. W ciągu miesiąca z kobiety stałam się mężczyzną, z doktoranta jakich tysiące, legendą opozycji, prawie narodowym bohaterem, z niedouczonego socjologa znawcą anarchistycznej i trockistowskiej doktryny,  intelektualistą i to intelektualistą nie byle jakim. To się nazywała zmiana. Moje koleżanki z resortu patrzyły na mnie z podziwem, gdy po raz pierwszy dzwoniliśmy do drzwi mieszkania, gdzie najwybitniejszy polski pisarz opozycyjny miał – tylko dla nas – wygłosić referat pt. „KOR – rewolucyjne ramię PZPR”. Dzisiaj kiedy już wszyscy wiedzą, że ta opozycyjna organizacja była przybudówką partii – jej „przystawką”, omówienie treści wykładu opozycyjnego pisarza  nie wydaje się konieczne. Jeżeli to robię to tylko dlatego by nadmiernie  nie zdradzać powołania kronikarza  wydarzeń, które rozgrywały się tak niedawno. Drzwi otworzył nam siwy staruszek, o przenikliwym i kpiącym spojrzeniu. Gdy przekraczaliśmy próg mieszkania wykonywał znak krzyża jakby miał zamiar odprawić, za chwilę, egzorcyzmy. Usiedliśmy wszyscy troje w fotelach obitych brązową, garbowana skórą, gdy staruszek, nucąc pod nosem jakąś religijną pieśń, ustawiał na drewnianym, okrągłym stole porcelanowe filiżanki z herbatą, przypatrzyłem się uważniej moim koleżankom i wpatrując się w ich nijakie lekko zamazane rysy twarzy, pomyślałem, że może one przeszły odwrotną przemianę od mojej i jeszcze miesiąc temu były mężczyznami.  Jedna z nich uśmiechnęła się do mnie a ja zauważyłem nad jej górną wargą, delikatny męski puszek. „Przystojny chłopak” pomyślałam i spojrzałam na niego zalotnie spod półprzymkniętych powiek. Zaczerwienił się i ł zawstydzony opuścił głowę na piersi. Staruszek stuknął kilkakrotnie palcem w blat stołu i rozpoczął wykład.

– W marcu 1976 roku Biuro Polityczne Komitetu Centralnego PZPR, podjęło tajną uchwałę o powołaniu do życia organizacji niezależnej od partii, której głównym zadaniem miało być atakowanie komunizmu, PRL-u, Jałty. W czerwcu tego samego roku nasi agenci zgodnie z wytycznymi Biura Politycznego doprowadzili do  powstania Komitetu Obrony Robotników. W specjalnym okólniku przeznaczonym dla szeregowych działaczy PZPR – kierownictwo naszej partii wyjaśniło, że KOR – zgodnie z naukami Lenina – miał bronić robotników przed biurokratycznymi wypaczeniami administracji państwowej.  KOR został faktycznie utworzony  przez jedną osobę o dwóch twarzach. Pierwsza twarz A. M. twórca tej organizacji jest ideowym spadkobiercą Che Guevary, druga twarz  także A. M jest  uczniem Lwa Trockiego a z tego wynika oczywisty wniosek, czy wiecie jaki?

– Nie.- odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.

– Że KOR jest współczesnym wcieleniem PZPR, nasza partia powstała w 1948 a to odcisnęło piętno na jej kulturze i obyczajach. Dzisiaj czasy się zmieniły. Młodzi ludzie – z wyjątkiem takich jak wy – marzą o swojej rewolucji, słuchają big beatu jazzu, rocka i blusa i dlatego trzeba naszą skostniałą kulturę socjalistyczną dostosować do wyobraźni współczesnej młodzieży. KOR to komunistyczna rewolucja w warunkach społeczeństwa konsumpcyjnego. KOR jest dzieckiem PZPR i światłych idei komunistycznych. Che Guevara był komunistą i to jakim, Lew Trocki był wręcz twórcą komunizmu. Pierwszy i drugi A. M – nasi agenci, przeszkoleni w XI, tajnym departamencie MSW wzięli – niestety sobie za bardzo do serca – postulat walki kulturowej z PZPR i się trochę wyalienowali. Trzeba ich sprowadzić z powrotem na ziemię. I to będzie wasze zadanie.

– Na czym będzie ono konkretnie polegało.- spytałem.

– Na przypominaniu dialektycznej prawdy, że wrogiem Polski nie jest PZPR tylko Rosja.

– Towarzyszu czy KOR przejmie w Polsce władzę? spytała, wyraźnie przestraszona,  jedna z moich koleżanek.

– Oczywiście.- odpowiedział staruszek. Koleżanka przeżegnała się szybko i powiedziała szeptem.

– Boże Święty.

– Przejmą władzę tylko, że w odpowiednim momencie.- kontynuował staruszek.-  my im zresztą w tym pomożemy nasze ideowe dzieci muszą przejąć w Polsce władzę – po to je wychowaliśmy i nadal wychowujemy.

Wykład skończył się charakterystyką poszczególnych członków Komitetu Obrony Robotników. Nic interesującego. Prawie sami komuniści. Przez następne dwa lata moje życie usłane było różami: rano biegałem do MSW na Tajne Komplety dla agentów służb specjalnych, a po południu na wykłady organizowane przez Towarzystwo Kursów Naukowych. Intelektualnie kwitłem jak jabłonka w maju. Przyznaję szczerze, że czasami się myliłem i w MSW wygłaszałem referat, który przygotowywałem w ramach opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych – albo na odwrót – ale jakoś nikt się w tym nie połapał. I tak wszyscy razem opozycja i agenci dobrnęliśmy do 1980 roku. Gdy powstała  „Solidarność” towarzysz pułkownik wezwał mnie powtórnie do siebie. Przed spotkaniem cały czas myślałam o pułkownik Agnieszce W. – aż drżałam z podniecenia wspominając  dotyk jej ciepłej dłoni na mojej piersi. Miałam nadzieję, ze tym razem także przyjdzie, że będę mogła patrzeć na jej nogi od widoku których dostałam wtedy zawrotu głowy. Niestety pułkownik był sam, rozkazał mi zaangażować się w ruch odnowy i zrobić wszystko co możliwe by przeniknąć do centrów decyzyjnych „Solidarności”. Stuknęłam obcasami i opuściłam pokój w którym po raz pierwszy i – jak dotąd – jedyny widziałam Agnieszkę W. Chciało mi się płakać. Przecież przez te dwa lata śniła mi się ona codziennie, każdej nocy przychodziła do mnie i kładła kształtną głowę na moim ramieniu i długimi palcami gładziła moje piersi. Każdego ranka, gdy się budziłem pytałem się samego siebie: czy ja jeszcze spotkam i wraz z upływającym nieubłaganie czasem odpowiedź coraz częściej brzmiała: nie. Nigdy jej już nie zobaczysz. Nigdy już jej nie spotkasz. Myliłem się. Dzięki stanowi wojennemu spotkałem ją po raz drugi w życiu. Gdybym wierzył w Boga – powiedziałbym dzięki Ci Panie Boże, dzięki za 13 grudnia 1981 roku, ale wybiegam do przodu, a przecież najpierw musiałem przeniknąć w szeregi „Solidarności” co okazało się nadspodziewanie łatwe; po kilku rozmowach z moimi znajomymi z Towarzystwa Kursów Naukowych, zostałem współpracownikiem Wszechnicy Robotniczej  NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze, gdzie wygłosiłem szereg referatów na temat tradycji anarchio-syndykalistycznej w ruchu robotniczym, następnie napisałem broszurkę na temat  idei strajku generalnego u Sorela. Po tak błyskotliwym początku mojej związkowej działalności nie miałem żadnych trudności z rozpoczęciem pracy – jako redaktor – w jednej z trzech gazetek „Solidarności” wychodzących w Regionie Mazowsze. Rewolucja ma jednak swoje uroki. Każdego dnia przychodziłem do redakcji w której pracowali sami szaleńcy i śliczne panienki (nie dla mnie, niestety). Każdego dnia obalali oni komunizm, wysadzali w powietrze Kreml, zmieniali geografię, aż nadeszło nieuchronne otrzeźwienie i wszyscy znaleźliśmy się w podziemiu. Po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku dostałem rozkaz – jak większość moich kolegów i koleżanek pracujących w „Solidarności” – zmienić miejsce pobytu czyli ukryć się.  Zamieszkałem u mojej sąsiadki. Któregoś dnia, kilka dni po Wigilii, ale jeszcze przed Sylwestrem, usłyszałem gwałtowne stukanie do drzwi.  Rozpoznałem głos mojego kolegi ze szkoły podstawowej, z którym pracowałem w siedzibie Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. Otworzyłem wejściowe drzwi w których stał Jarek z przerzuconą torbą przez ramię. Myślałem, że torba wypchana była podziemnymi gazetkami, ale  myliłem się, okazało się bowiem, że poukładane w niej były magnetofonowe szpule na które nagrano sprawozdanie z ostatniego spotkania władz „Solidarności”. Jarek spytał czy mógłbym je przechować przez dwa dni, a po tym czasie zgłosi się ktoś po ich odbiór. Najprawdopodobniej dziewczyna.  Hasło – dwie serie puknięć – każda seria ma się składać z jednego puknięcia głośnego i dwóch puknięć cichszych. Puknięcie głośniejsze – tłumaczył cierpliwie Jarek – powinno w pierwszej serii być na miejscu trzecim, w serii drugiej na miejscu drugim, a w serii pierwszej na miejscu pierwszym. „Zapamiętałeś”. Zapamiętałem i spytałem o której godzinie „łączniczka” przyjdzie odebrać historyczne materiały. „Między 18 a 19” –„”hasło – Radom”.  Po dwóch dniach, punktualnie o godzinie 18.00 przytknąłem ucho do drzwi. Po chwili usłyszałem głośne, jakby rozpaczliwe  pukanie. Otworzyłem drzwi. W progu stała średniego wzrostu blondynka  ubrana w beżową krótka kurtkę, czarne wyglancowane kozaczki, na głowie chwiał się jej, lekko przekrzywiony beret w kolorze jesiennych liści. Brakowało jej tylko na rękawie biało-czerwonej opaski ze znakiem Polski Walczącej. Dziewczyna, trzymała w ręku małą karteczkę i klęła po cichu. Chrząknąłem i spytałem.

– Słucham panią.

Dziewczyna uniosła głowę znad kartki i powiedziała uroczo się uśmiechając.

– Cholera jasna, pomyliłam się, powinnam inaczej zastukać

– Nie szkodzi.- powiedziałem i dorzuciłem nieśmiało, czerwieniąc się nie wiadomo czemu.- a hasło Pani zna?

– Hasło? Dziewczyna zatrzepotała powiekami i patrząc mi prosto w oczy wyszeptała niepewnie.

– Kielce.

Pomyślałem, że Kielce położone są blisko Radomia, więc machnąłem ręką i wpuściłem ja do środka. Dziewczyna weszła, ale nie rozebrała się tylko stwierdziła.

– To mógłby mi pan dać te trzy ryzy papieru?

Zaczerwieniłem się.

– Nie mam żadnych ryz papieru

Dziewczyna wyszeptała.

– Boże znowu się pomyliłam. – i wyjmując spod kurtki plik papierów, spytała.

– Czy mógłby pan to przechować do jutra?

Kiwnąłem głowa, na znak zgody. Dziewczyna się ucieszyła.

– Świetnie, jutro po to się zgłoszę. Do widzenia.-  i „łączniczka” NSZZ „Solidarność” wybiegła z mieszkania. Następnego dnia dziewczyna nie przyszła. Być może – w nawale podziemnych zajęć – zapomniała. Po szpule z historycznymi nagraniami także nikt do końca mego pobytu w mieszkaniu się nie zgłosił. Oddałem je zresztą następnego dnia do archiwum MSW.

Piotr Piętak